Swojego czasu, nawet dosyć niedawnego, przeprowadziłam się do Warszawy. Było to spełnienie mojego marzenia, zatem byłam niesamowicie podekscytowana tym faktem. Po latach spędzonych przy promocji Wrocławia i kreowania dobrego wizerunku tegoż miasta, sama zaczęłam wierzyć, że Wrocław to najlepsze miejsce do życia na świecie, z najlepszą komunikacją miejską i najciekawszymi wydarzeniami i w ogóle najlepsze. Dobra promocja jednym słowem ;)
Kilka dni w Warszawie starczyło, aby zniweczyć te przekonania. Miałam ochotę pisać blogowe poematy o Warszawie, robić zdjęcia, programy telewizyjne albo dobry PR ;) O tym może więcej później. Póki co podzielę się z wami jednym, dosyć zabawnym odczuciem.
Jako człowiek „ze wsi” Wrocław, gdzie wszystko jest blisko, z Rynku do Pasażu Niepolda są „trzy kroki” a z jednego końca miasta na drugi tramwajem jedzie się maksymalnie jedną godzinę, prędko odczułam trudy przemieszczania się po stolicy i utratę kilku godzin dziennie. Zatem, aby zminimalizować straty i „poczuć miasto”, przeprowadziłam się do samego centrum, dosłownie, w okolice Pałacu Kultury, Dworca Centralnego i Złotych Tarasów. Konkretnie na sławną w polskich serialach ulicę Emilii Plater – to tam, gdzie stoją prawie wszystkie nasze „drapacze chmur” ;)
Miejsce to opustoszałe wieczorami, od rana zapełniało się pracownikami korporacji umiejscowionych w tychże drapaczach. Gdy około godziny 7.30 w drodze do stacji Metro Świętokrzyska, mijałam cały tłum garniturowych osób czułam się osamotniona i obserwowana (zapewne dlatego, że byłam jedyną do zawieszenia oka naprzeciwko). A może zastanawiali się: dlaczego podążam w drugą stronę? „Do” metra a nie „z” metra? Przecież tutaj jest centrum, życie, praca. No właśnie. Może praca, a nie mieszkanie..? Tak to się zastanawiałam, przeskakując w letniej sukience koloru bladoróżowego między garniturowcami. Jak łosoś. Pod prąd.
I jeszcze ta bladoróżowa sukienka.. Byle do źródła ;)
Kinga Rękawiczna
Widok z okna i na dzielni:







